Anemia u niemowlaka karmionego piersią

Rok 2012, 9 miesiąc życia

Na co dzień pogodny, wesoły i towarzyski, a w nocy zmienia się w “potwora”. Wrzeszczy, spina się, zsuwa się z rąk, nie chce się przytulać. Dlatego dla świętego spokoju podciągam bluzkę i przystawiam malca do piersi. Ten chwilę ssie i zasypia. Godzinę później powtórka z rozrywki. Całą noc trwa pętla cyklicznych pobudek. Nie trudno zliczyć, że jest ich 10.

Rano nie wiem kim jestem, jak się nazywam i czy ta twarz w lustrze to naprawdę ja. W drodze do pracy śpię jak zabita. W biurze unikam ludzi i rozmów, bo mój mózg źle przetwarza słyszane informacje i nie wiem o co człowiekowi chodzi i co ode mnie chce.

Od trzech miesięcy słyszę, że to normalne gdy matka wraca do pracy – zaczął się lęk separacyjny i dziecko wcale nie jest głodne ani chore.

Po prostu przesadzasz kobieto. Jesteś przewrażliwiona.

“Najlepiej jakby Pani się wyspała. To na pewno inaczej Pani na to spojrzy. Niech mąż zajmie się dzieckiem.” – usłyszałam od pediatry. Jasne, cycka też mu da w środku nocy !?

Czuje się bezradna. Wciąż tłumaczę sobie, że to minie. Całe wieczory spędzam z dzieckiem z nadzieją, że nacieszy się moją obecnością i w końcu prześpi noc. Zaczynam mieć do siebie żal i pretensje, że nic nie zrobiłam by zostać z nim w domu dłużej. Biedak, mając 6 miesięcy musiał zostać na większość dnia z obcą kobietą.

Mija kolejny tydzień. Sfrustrowana całą sytuacją siedzę pół dnia w internecie w poszukiwaniu pediatry z prawdziwego zdarzenia. W końcu kierując się pozytywnymi opiniami na jednym z forum, dzwonię. Miły głos informuje mnie, że możemy pojawić się jeszcze dziś, wieczorem. Idziemy.

Uśmiechnięta, drobnej postury kobieta, energicznie otwiera nam drzwi i zaprasza do pokoju. Jest ciemno. W rogu na biurku pali się mała srebrna lampka. Siadamy na plastikowym krześle. Po drugiej stronie biurka pani doktor pośpiesznie układa dokumenty. Z prawej strony patrzy na nas wielki, ręcznie malowany miś. Młody to dostrzega i zaczyna radośnie gaworzyć. Kobieta podnosi wzrok i patrzy na małego, potem na mnie.

– Co się dzieje? – pyta.

Zaczynam opowiadać o nieprzespanych nocach. Mówię szybko, bo nauczona jestem, że lekarze po pierwszych dwóch zdaniach stawiają diagnozę. A mi zależy na tym żeby opowiedzieć o wszystkich sytuacjach w ostatnich kilku miesiącach.

Po kilku zdaniach dociera do mnie, że mogę zwolnić tempo. Pani doktor patrzy na mnie łagodnie, przytakuje, uśmiecha się do dziecka gdy ten ją zaczepia. Jest zrelaksowana i nie spogląda na zegarek.

Pomimo małego pomieszczenia czuje ogromną przestrzeń. Pierwszy raz czuje się słuchana! I nikt mi nie przerwie póki nie skończę.

– Już nie wiem co robić. Czuje się bezsilna. Mam już wszystkiego dość. – zaczynam się żalić. Łzy cisną mi się do oczu. Zdecydowanie za dużo przestrzeni mi dała – czuję, że zaraz się rozpłacze!
– Pani Agnieszko – pierwszy lekarz mówi do mnie po imieniu – Janek ma skrajną anemię.

Wmurowało mnie…
– Miesiąc temu zrobiłam mu morfologię i rzeczywiście hemoglobina była ciut za niska, ale zmieniłam mu dietę… – nie zdążyłam skończyć
– Mogę zobaczyć te wyniki?

Wzrokiem przeglądała każdy wydrukowany wiersz. Westchnęła głośno.
– Dlaczego Pani tak późno z tym przychodzi? Czy żaden lekarz nie zauważył, że chłopiec jest przezroczysty? Ma sine usta. Czy wcześniej zlecano wykonanie morfologii ?
– Nie. Teraz sama poszłam z dzieckiem do laboratorium… – bąknęłam – synek dostał dwa miesiące temu wysypkę i…
– Proszę go rozebrać! Ta anemia utrzymuje się od dłuższego czasu, mówi to ten wskaźnik. – pokazuje palcem coś na wyniku. W jej głosie wyczuwam zaniepokojenie.

Jestem tak roztrzęsiona, że dociera do mnie tylko połowa tego co do mnie mówi. Zaczynam się obwiniać, że to karmienie piersią go tak wykończyło, bo odkąd wróciłam do pracy gorzej się odżywiam. Zaniedbałam też suplementację. I dlaczego nie zrobiłam mu tych badań wcześniej.

– Do dermatologa. – lekarz zaczyna wyliczać– Zrobić ponownie morfologię. Mocz. Żelazo. ASO. CRP. Glukoza. ACT. Przyjść w weekend z wynikami. I koniecznie żelazo. Skierowanie na badanie kału pod kontem pasożytów. 
Zbieram karteczki z wypisanymi zaleceniami do małej teczki. Młody szaleje mi na kolanach, zagaduje Panią dr, śmieje się. W ogóle nie wygląda na anemika. Za trzy tygodnie kontrola. Jak nie będzie poprawy to hematolog.

Do tej pory zapewniano mnie, że dopóki karmię dziecko piersią niczego mu nie będzie brakowało, nawet jeśli nie będzie chciał jeść pokarmów stałych. Głupia ja. Dietę rozszerzaliśmy wg określonych wytycznych, ale już żółtko podawałam mu tylko jak mi się przypomniało. A okazuje się, że żółtko jaja jest podstawowym źródłem żelaza. Dopiero w drugiej kolejności mięso. Dziecko w tym wieku ma bardzo duże zapotrzebowanie na żelazo.

Co zrobiłam:
– Suplementacja żelazem (Actiferol) – dawkowanie ściśle wg wskazań lekarza
– Codziennie pół żółtka jajka. Po tygodniu całe żółtko co drugi dzień
– W dniu bez żółtka spora porcja mięsa z zielonymi warzywami
– Co trzy tygodnie powtarzaliśmy badania i odwiedzaliśmy Panią Doktor

Efekty:
– Po dwóch miesiącach poziom hemoglobiny był w normie.
– Nie ma już tak bardzo podkrążonych i sinych oczu.
– Coraz częściej przesypia całą noc, a jak się budzi to tylko raz.

Anemia u niemowlaka jest na tyle niebezpieczna, że gdybym dłużej z tym zwlekała z pewnością trafilibyśmy do szpitala. Jest tak groźna, że może dojść do trwałych problemów psychicznych oraz fizycznych. Ponadto zwiększa ryzyko infekcji.

Na zlecenie doktor wykonaliśmy też szereg badań, które miały wykluczyć złe wchłanianie się żelaza. Musieliśmy też wykluczyć chorobę pasożytniczą.

Moje dziecko urodziło się w terminie i miało prawidłową wagę urodzeniową. Nie był tez niejadkiem. Aż za dobrze przybierał na wadze.  Zatem nic nie wskazywało na to, że mogłaby mu grozić niedokrwistość.

 

Facebook Comments
We use Cookies - By using this site or closing this you agree to our Cookies policy.
Accept Cookies
x
Shares