Zanim wrócisz do pracy PRZECZYTAJ

Od dawna wstrzymuje się z napisaniem tego postu. Głównie dlatego, że nie chce robić z siebie cierpiennicy.

Niestety, dzisiaj umocniłam się w przekonaniu, że PRACA DOM i DZIECKO to połączenie dla zatwardziałych.

Prawie 2 lata temu wróciłam do pracy, bo MUSIAŁAM i wyboru nie miałam. Choć po części też tego chciałam. Szansa na awans, podwyżkę, poznanie nowych ludzi, dalszy rozwój zawodowy… poranna kawa z pączusiem w miłym towarzystwie. Nic złego nie widziałam w powrocie do pracy, prócz tęsknoty za dzieckiem. Wiedziałam jednak, że dam sobie radę. A jakże! Przecież twardzielką jestem, nie będę beczeć gdy zamknę za sobą drzwi, nie będę cały dzień myśleć o dziecku, a z szefem ugadam się na pół etatu, a co.

Pół etatu nie było. 7h dziennie do czasu ukończenia karmienia piersią. Oszukać się nie dało, bo jak odstawiłam od piersi, to cycki zmalały mi o 3 rozmiary i nie sądzę by ktokolwiek tego nie zauważył, tym bardziej, że 80% zespołu to chłopy ;)

Umierałam z tęsknoty. Poranną kawę wolałam pić przed monitorem, by móc oglądać zdjęcia mojego cudownego bobaska.

I beczałam. Ukradkiem. Zamykałam drzwi od domu i roniłam łzy, gdy tylko nikt nie widział.

Zorganizowana byłam i to bardzo. Pod koniec macierzyńskiego wszystko dokładnie zaplanowałam. Mały był na początku rozszerzania diety, więc było mi trudno, bo nie byłam pewna czy zje, czy mu zasmakuje. A co jeśli nie? Nie chciałam żeby niania mu gotowała, bo soli doda, bo cukru wsypie, bo przegotuje, bo zapomni o marchewce itd. itd.

Teraz już mi to mniej wychodzi. Nie zawsze przygotuje obiad na następny dzień. Nie zawsze poświęcam dziecku całe popołudnia. Nie zawsze pamiętam o buziaku dla mojego dużego faceta. Nie zawsze jestem miła, uśmiechnięta i kochająca. Nie zawsze jestem z siebie dumna. Nie zawsze daję sobie z tym wszystkim radę….

6:50   dzwoni budzik

7:15  przychodzi niania, a ja wychodzę z domu ubrana w strój kolarski i jadę rowerem do pracy (25km) To jedyny czas kiedy mogę uprawiać ukochany sport.

8:20 wpadam do pracy spocona jak smok. Łazienka jest zajęta, czekam 15min aż jakiś pedancik skończy swój prysznic.

8:45 wymyta, pachnąca, przebrana w pracownice biurową wspinam się po schodach na III piętro

10:00 w końcu mam czas na kawę, ale wcześniej muszę lecieć do sklepu coś kupić do jedzenia, bo zapomniałam wziąć z domu

10:15 sklep, kawa, jedzenie w ekspresowym tempie, bo właśnie zaczyna się spotkanie

12:00 ospała wychodzę ze spotkania, w ręku trzymam zapisany brulion. Muszę to wszystko ogarnąć, przemyśleć, uporządkować, spisać i udostępnić.

15:00 właśnie mi się przypomina, że miałam zadzwonić do domu, ale w tej samej chwili wpada szef z nowym zadaniem. Nie dzwonię.

16:00 ludzie pomału zbierają się do domu, a ja mam czas na odgrzanie obiadu w mikrofali. #pycha

17:30 klucze, kluczyki, portfel, karta, buty, boshe muszę się jeszcze przebrać, bo jestem rowerem. Lecę do łazienki zrzucam z siebie odzienie, zakładam sport-luz-dres i uciekam

Jadę rowerem kolejne 25km. Dzisiaj było uciążliwie, bo na każdym skrzyżowaniu czerwone, plus 5 sytuacji prawie wypadkowych. Tłumy na ulicach, ścieżkach i chodnikach. Płuca zalepione miejskim odorem błagają o tlen. “Sorry, nie ma.” Jadę ledwo dysząc, marzę o leśnej ścieżce, śpiewie ptaków i szumie opon…

19:00 wpadam do domu. Mały je kolacje. Ufff mam chwilkę! Wskakuję pod prysznic. Ulga.

Teraz możemy się przywitać, wyściskać, ukochać. Ale nie za długo, bo muszę koniecznie coś zjeść.

20:00 Tata kompie małego, a ja myślę o obiedzie na jutro. Nie mam pomysłu, a czas ucieka.

20:20 Tata szykuje się na nocną zmianę. Mały zaczyna rozrabiać i tłucze mi słoiki w kuchni. Dosyć, że nie mam pomysłu na obiad, to jeszcze muszę tracić czas na sprzątanie szkła…

20:45 Kładę małego do łóżka. Buzi, ciau, dobranoc, ani mru mru…

21:00 Mały nie chce spać, wyciąga zabawki i zachęca mnie do zabawy. “Sorry Baby, muszę zrobić obiad na jutro, pranie, włosy wysuszyć, wyprasować twoje ciuszki na jutro i jeszcze bym chciała… oj już na pewno nie zdążę.

22:00 Mały zaczyna marudzić, mi się w garach kotłuje, żelazko bucha parą, a pralka pika, że skończyła swoją robotę.

Ponownie układam małego do snu. Głaszcze po głowie, bujam, całuje, drapie… nic nie pomaga. Chce się bawić. No to trudno.. zaczynamy wygłupy…

23:00 padł. śpi. Zamykam drzwi od sypialni i… płakać mi się chce. Zabawki trzeba posprzątać, w kuchni pozmywać, skończyć prasowanie, pranie rozwiesić, włosy mam już suche, ale nie ułożone i zmoczyć muszę jeszcze raz. W ogóle to zapomniałam zmyć makijaż. Nogi zaczynają mnie boleć, czuję lekkie osłabienie ..pewnie po rowerze. Organizm domaga się snu, ale jeszcze nie teraz, za chwilę, za godzinę, może dwie…

Jaki będzie jutrzejszy dzień?

Wyjdę 2h szybciej z pracy i zarezerwuje je na zabawę z synem. Ot taki mam plan. Żadnych obiadów, prasowania, prania… tylko JA i ON.

We use Cookies - By using this site or closing this you agree to our Cookies policy.
Accept Cookies
x
Shares