Czy macierzyństwo może unieszczęśliwiać ?

Będąc w ciąży najbardziej obawiałam się problemów z karmieniem piersią. Ale nie było tak źle. Owszem, były nawały pokarmu, zastoje, obolałe, krwawiące brodawki. Były wycieki, przecieki i niemiłe chwile na spacerach. Dałam radę i do tej pory mam poczucie, że spełniłam się w roli karmicielki doskonale.

Macierzyństwo zaserwowało mi atrakcje, których zupełnie się nie spodziewałam.

Znajomi straszyli mnie, że przez pierwszy rok mogę pomarzyć o przespanej nocy. Ale zaraz dodawali, że niemowlak tak dużo śpi w dzień, że sobie odeśpię.

Nie w moim życiu … Odkąd pamiętam, gdy tylko czegoś się podjęłam to na drodze stawały mi same przeszkody. Inni parli do przodu, a ja pokonywałam kolejne trudności i niedogodności.

W macierzyństwie nie było inaczej. W pierwszej dobie po porodzie doznałam tak głębokiego szoku, że nie mogłam zasnąć przez kolejne 2 dni i 3 noce. Pogrążałam się w negatywnych emocjach i poczuciu, że popełniłam największy błąd w swoim życiu. Inne dzieci na sali spały jak zabite co najmniej 2 godziny. A mój noworodek drzemał maksymalnie pół godziny.. Brodawki błagały o chwilę wytchnienia, a mój syn błagał bym dała my pocycać.

Ssał minutę, może krócej i zasypiał z brodawką w buzi. Wybudzałam, żeby najadł się i po prostu zasnął na dłuższą chwilę, ale nie z nim takie numery. Już od urodzenia miał gdzieś moje prośby i błagania. Chyba nie muszę mówić, że byłam wykończona i co gorsza – zawiedziona.
Moje dziecko ucinało sobie krótkie drzemki by potem kolejną godzinę drzeć się na cały blok.

60 minut usypiania, 30 minut spania – i cykl ten powtarzał się całą dobę, przez 4 miesiące. Gdzie to pogodne niemowlę z okładki czasopisma? Gdzie to słodko śpiące dziecko, otulone puszystym kocykiem ? Gdzie cholera podziała się ta cudowna miłość do dziecka?

Byłam zmęczona, wściekła i płakałam na widok kobiet spieszących się do pracy – Zazdrościłam im!

Kłóciliśmy się. Nie spaliśmy po nocach. Wystawialiśmy nasz kręgosłup na ogromne obciążenia. Godzinami nosiliśmy dziecko na rękach, by zasnęło. By dało nam w końcu spokój.

Przetrwaliśmy. Po 6 trudnych miesiącach, nastał cudowny czas. Nasza codzienność nabrała barw, był czas na odpoczynek, na gotowanie obiadów i pieczenie ciast. Był czas na długie spacery, a nawet na książkę i film. Życie z dzieckiem pod jednym dachem stało się miłe. Nastąpił czas stabilizacji i w pełni pokochałam macierzyństwo i bycie gospodynią domową.

Ale to taka cisza przed burzą. Trwała zaledwie kilka tygodni.

Nastał dzień, w którym wszystko szlag trafił. Musiałam wrócić do pracy, na cały etat. Do firmy, korporacji, oddalonej 30km od domu.

Nie mieliśmy opieki do dziecka. Nie mieliśmy planu. Nie mieliśmy zielonego pojęcia jak to wszystko ogarniemy.
Mąż zrezygnował z obecnego stanowiska i stał się robotnikiem nocnym – pracował tylko na nocną zmianę. W dzień opiekował się synem, gdy ja w tym czasie próbowałam wgryźć się w korporacyjne reguły. A w przerwach ściągałam mleko w toalecie (tak, do tego wszystkiego uparłam się, że będę karmić piersią)
Już w pierwszych tygodniach po zmianach, moje niemowlę przestało spać w nocy. Przeniosłam je do swojego łóżka i spałam bez koszulki by mógł sobie cycać kiedy tylko chciał. Tłumaczyłam sobie, że to przez rozłąkę, że niebawem minie.
Męża widziałam w przelocie, często przy drzwiach wyjściowych. Obiady przygotowywałam w środku nocy, a kąpałam się nad ranem. Całe wieczory i noce uspakajałam płaczące dziecko. Chudłam w zastraszającym tempie. Traciłam pokarm. Nienawidziłam siebie za to, że wróciłam do pracy, że nie zrobiłam nic by zostać w domu z dzieckiem.

Byliśmy sami, bez pomocy. Marzyliśmy o weekendzie bez dziecka, ale nie, to nam dane nie było. Minął miesiąc, drugi i przyszła choroba. Najpierw mój ojciec wylądował w szpitalu. Jak się po tym pozbierałam, to zachorował mój syn. Zwolnienia lekarskie, zaległości w pracy, bieganie po lekarzach, setki badań i różne diagnozy. Męki ciąg dalszy. Miesiąc kolejny. Łzy, bezsilność, nienawiść.

To było najboleśniejsze doświadczenie macierzyństwa. Brak sił, niechęć do dziecka, żal do siebie, a później i do innych. Niezrozumienie, problemy z pokarmem, snem i ogólnym stanem zdrowia.
Trwaliśmy w tej beznadziejności pół roku. Jak się ogarnęliśmy finansowo to zatrudniliśmy nianię. Na 7 godzin dziennie, a to wiązało się z wcześniejszym wyjściem z pracy i nadrabianiem godzin w weekendy.
Miałam ochotę uciec i nie wracać.

Macierzyństwo jest piękne, ale gdy masz na drodze wiele przeszkód i przeciwności, staje się trudne, a nawet uciążliwe. Traci się poczucie szczęścia. Smutek związany z nieustającym zmaganiem się z codziennością, przygasza wszystkie  nawet te najmniejsze radości.

Każdego dnia mówiłam sobie, że to przeminie. Dam radę. Nieprzespane noce przestały być uciążliwe – organizm przestawił się w tryb czuwania.

Żałuję tylko, że stałam się zgorzkniałą matką. Zbyt wymagającą, nie mającą energii na zabawy z dzieckiem. Wszystko robiłam od niechcenia i na odwal. Prawie 3 lata. Nie rok. 3 lata wyrwane z życiorysu.

Pozbierałam się. Odżyłam. Stałam się szczęśliwą, kochającą matką. Szkoda tylko, że tak dużo musiałam przetrwać i tak długo musiało to trwać.

Facebook Comments
We use Cookies - By using this site or closing this you agree to our Cookies policy.
Accept Cookies
x
Shares