Szkoła zapomniała o rzeczach ważnych

Zawsze uważałam, że szkoła trwa za długo, a nauczyciele za dużo oczekują. W efekcie w ogólniaku, więcej było kombinowania i stawiania sobie granic typu: z polaka mogę mieć jeszcze 3 pały, a z matmy to już nie może mi wpaść ani jedna, więc lepiej iść na wagary niż być wywołanym do tablicy.
Jestem starszego pokolenia, bo gimnazjum mnie ominęło, więc 8 lat podstawówki wspominam bardzo dobrze. Chodziło się na bezalkoholowe urodziny do koleżanki, biegało do późnego wieczora po osiedlu, a prace domowe odrabiało się między lekcjami. Czerwony pasek na świadectwie był osiągalny i nawet dwa czy trzy razy mogłam pochwalić się rodzicom za paskowanym dyplomem. Ale ja byłam z tych podwórkowych szczurów.. wolałam taplać się w błocie, wkradać się na budowę i wspinać po rusztowaniach, grać w gry zespołowe na opuszczonych placach. A podjadanie jabłek w pobliskim sadzie niekiedy zajmowało nam całe popołudnie. Dlatego oceny w dzienniku nie były dla mnie tak ważne i nie usposabiałam się z nimi. To nie prawda, że byłam głupia mając trójki. To tez nie lenistwo, tylko wyższość nad szkołą – poczucie wolności.
Nikt nie myślał o wagarach, bo w szkole było fajnie i nie było tyle wkuwania co w liceum. A poszłam do najlepszego w mieście. Doprawdy  nie wiem na jakiej podstawie ten ogólniak stał się NAJ. Lekcje od 8 do 16, na każdych zajęciach 15 min było na odpytywanie losowych osób, oczywiście na ocenę. Potem krótki wykład nauczyciela a pozostały czas zapisywanie dyktowanych zdań do zeszytu. Na W-F dawali nam taki wycisk, że na kolejnej lekcji było czuć pot 30 osób razem wziętych.
4 lata ogólniaka. Miłe wspomnienia mam jedynie z nielicznych imprez alkoholowych i siedzeniem pod kasztanami.
Pamiętam powroty do domu. Całą drogę rozmyślałam jak wykorzystać pozostały czas na naukę. Bo następnego dnia szykowały się dwie kartkówki z biologii i historii, sprawdzian z polskiego i odpytywanie z niemieckiego i geografii.
Czasami to nawet mi się chciało, ale bez przesady, ile można ślęczeć nad podręcznikiem i uczyć się rzeczy kompletnie mi nie przydatnych w przyszłości. Chciałam poczytać książkę, obejrzeć film, pojeździć na rowerze, nauczyć się grać na gitarze, oj i wiele wiele innych, a nie miałam na to czasu, bo musiałam dbać o to by nie wpadła mi kolejna pała z biologii. Paska w LO nie było, standardem była raczej średnia 3.8 – 4.0
Dziura w życiorysie ?
Tak. Przez 4 lata nauczyłam się genetyki, liczenia wielomianów i rachunku prawdopodobieństwa, poznałam historię polski i przeczytałam kilkaset wierszy i książek, które nic w moim życiu nie zmieniły. Męka i brak poczucia spełnienia. A po maturze dziura w głowie i przejmująca pustka, gdy padało pytanie – gdzie idziesz na studia?
Wymagali od nas byśmy uczyli się wszystkiego, nie pamiętam by był jakiś nauczyciel, który wyciągnął choć kilka osób z grupy i pokierował ich losem. Może uznali, że każdy z nas jest kompletnym beztalenciem i trudno jest nam wyznaczyć jakąkolwiek ścieżkę kariery.

Tylko nieliczni wiedzieli co chcą w życiu robić – na przykład taki Marcin chciał iść na medycynę. Jak babka z biologii się o tym dowiedziała to parsknęła śmiechem i robiła wszystko by udowodnić mu, że się do tego nie nadaje. Matury z biologii nie zdał. Zablokowali nie tylko jego marzenia, ale też opóźnili pójście na studia o pełny rok.
90% z nas nie wiedziała co chce robić, gdzie się dalej uczyć, rozwijać.
Mi się udało. Startowałam na pedagogikę, bo … koleżanki tam zdawały. Dzięki Bogu nie dostałam się! I poszłam na studia informatyczne.
Dopiero na studiach miałam czas na oglądanie filmów, czytanie wybranych książek, chodzenie na piwko ze znajomymi, naukę gry na gitarze i tworzenie własnych stron internetowych. Mieliśmy sporo okienek między zajęciami, więc tułałam się z kolegą po mieście w poszukiwaniu fajnego miejsca do śpiewania i grania na gitarze.
Ze zdaniem sesji problemów nie było, bez większego wysiłku osiągałam średnią 4.0. Bo nikt nie wymagał byśmy umieli wszystko na max. Chodziło o studiowanie wiedzy, którą już posiadaliśmy – w kółko nam to powtarzano.

Ponadto świetne towarzystwo i klimat. Bardzo dobrze wspominam ów czas.
Właściwie ten luz trwał aż do urodzenia dziecka 🙂 Teraz znów nie mam na nic czasu, a praca na etat odbiera mi większość życiowej energii. Ale o tym innym razem…
Nie wiem jak teraz wygląda typowy dzień licealisty, uważam jednak że szkoły powinny stawiać na naukę kreatywnego myślenia wśród uczniów. Nie ma nic bardziej wartościowego w życiu jak umiejętność tworzenia. Biedny jest człowiek, który nie ma bujnej wyobraźni a pomysłowość jest na tak niskim poziomie, że trudno jest mu znaleźć sposób na siebie i papuguje od innych.
Uważam, że wiek 14- 19 lat to najważniejszy okres w życiu. Nie można tego zmarnować. To w tym okresie nasza wyobraźnia pracuje na największych obrotach, jest dużo energii i chęci do działania, no i podejmujemy najważniejsze decyzje.

W tym czasie dużą role odgrywają rodzice i nauczyciele, bo nastolatek jest zdolny do wszystkiego. Rzuci szkołę jak się wkurzy, pójdzie się naćpać jak kolega uświadomi mu, że to rozwiąże jego problemy, ucieknie z domu po kłótni z rodzicami i zmarnuje swój wrodzony potencjał. Dorosły musi pomóc wskazać młodzieży dostępne możliwości i drogi, którymi mógłby pójść..

 

Czego nie nauczyła mnie szkoła?
– komunikacji międzyludzkiej
– prezentacji publicznej
– kreatywnego myślenia
– współpracy
– zdrowego poczucia własnej wartości …

 

Wszystko co w życiu zawodowym jest mi niezbędne, zostało wycięte z programu edukacyjnego dzieci i młodzieży. Dla tych, którzy nie mają wrodzonych umiejętności przywódczych, brakuje im przedsiębiorczości i przebojowości, praca zawodowa to trud i męka. Dlatego tacy muszą uczyć się od początku krok po kroku, patrząc jednocześnie jak inni osiągają kolejne stopnie kariery. Tylko dlatego, że już po prostu mają to w genach. A przecież choćby dobrej prezentacji można się nauczyć… ja nie miałam tej nauki przez 16 lat szkoły.. i do dziś mam z tym problem.

osla lawka

 

We use Cookies - By using this site or closing this you agree to our Cookies policy.
Accept Cookies
x
Shares